środa, 10 lutego 2010
Tyle ważyły przeróżne przyrządy dla reprezentacji skoczków narciarskich, które szóstego lutego dotarły do wioski olimpijskiej. Ważyły więc prawdopodobnie zdecydowanie więcej niż cała drużyna naszych skoczków razem wzięta i to w kombinezonach (Adam Małysz, Kamil Stoch, Stefan Hula, Krzysztof Miętus i Łukasz Rutkowski). Nawet odliczając zawarty w bagażu sprzęt dla jedynej polskiej alpejki na igrzyska, Agnieszki Daniel-Gąsienicy.
- Kombinezony mieliśmy ze sobą, każdy w swoim bagażu - opowiadał Łukasz Kruczek. - W bagażu, który tyle ważył, przyjechał do nas sprzęt dla serwismenów, żeby dobrze przygotowali narty i wszystko co uznaliśmy, że może nam się tutaj przydać do trenowania. A więc specjalne wózki z których skoczkowie się odbijają, równoważnie, płotki czy nawet monitory... Nie wiem, z czego skorzystamy, a czego nie. Ale wolimy mieć więcej niż żeby nam czegokolwiek brakowało.
Kruczek wierzy, że wszyscy zawodnicy, którzy wystąpią w sobotnim konkursie indywidualnym zakwalifikują się do trzydziestki. Co to oznacza? W grudniu Kruczek mówił tak: - Żeby walczyć o złoty medal w konkursie drużynowym, czwórka zawodników musi być w czołowej dziesiątce. O srebro - w dwudziestce. O brąz - w trzydziestce.
sobota, 09 stycznia 2010
Przypadkowy upadek kilometr przed metą sobotniego biegu na 10 km techniką dowolną spowodował, że Justyna Kowalczyk straciła prowadzenie w Tour de Ski i klasyfikacji generalnej PŚ. Absolutnie jednak nie straciła szansy na to, by w niedzielę odzyskać wszystkie łupy. Ostatni etap TdS kończy się morderczym podbiegiem na Alpe Cermis.
Polka ruszy na trasę jako druga. Majdić będzie miała nad nią 31,4 sek przewagi. Trzecia - 25,1 sek za Justyną ruszy Włoszka Arianna Follis. Po kolejnych 40 sekundach wystartuje Finka Aino-Kaisa Saarinen.
Zapowiada się kapitalna walka o podium - oto, jakie miejsca i rezultaty uzyskiwały cztery faworytki tegorocznego TdS w poprzednich trzech edycjach imprezy podczas podbiegu na Alpe Cermis.
Rok 2007: 8. Follis 35.04,9; 12. Kowalczyk 35.33,0; 17. Majdić 35.48,1; 24. Saarinen 36.19,5
Rok 2008: 7. Follis 35.33,5; 18. Kowalczyk 36.18,3; 22. Majdić 36.54,8; 25. Saarinen 37.02,9
Rok 2009: 4. Kowalczyk 35.54,8; 14. Follis 36.57,9; 15. Saarinen 37.02,4; 16. Majdić 37.12,3
W 2008 roku Polka biegła chora, z anginą i na antybiotyku. Tour de Ski ukończyła na wpół przytomna. Gdyby nie dobiegła do mety, straciłaby wszystko, co wcześniej zyskała. Takie były wtedy reguły FIS - żeby zachować premie i punkty wywalczone we wcześniejszych etapach należało być sklasyfikowanym w każdym starcie.
W tym roku jest inaczej - można wycofać się w dowolnym momencie zachowując wszystkie zdobyte bonusy.
- Jak się w niedzielę obudzi z gorączką to nie puszczę jej na tę górę - zapowiedział w piątek trener Aleksander Wierietielny.
- Skoro tak, to nawet jeśli będę miała gorączkę, to nie powiem trenerowi o niej. Nie po to leciałam te siedem etapów w dziewięć dni, żeby nie wbiec na Alpe Cermis. Dla mnie nie musiałoby być tych slalomów, wolałabym nawet lecieć pionowo pod górę. Byle szybciej się to skończyło - mówiła z uśmiechem Justyna.
Sobotni upadek przy pracy jeszcze bardziej ją zmotywuje do niedzielnej wspinaczki.
czwartek, 07 stycznia 2010
Justyna Kowalczyk zdeklasowała rywalki w zaliczanym do Tour de Ski biegu na 5 km techniką klasyczną i prowadzi klasyfikacji generalnej imprezy. Jest też liderką Pucharu Świata.
Bardzo wesoła była konferencja prasowa w Toblach. Obok uśmiechniętej Justyny usiadła wiceliderka TdS, Słowenka Petra Majdić. - Szatan, nie dziewczyna, urodziłaś się do tego biegu, co? - pytała Majdić. Polska biegaczka, świetnie mówiąca po angielsku, przytaknęła.
Później prowadząca konferencję zapytała Majdić o taktykę na sobotni bieg na 10 km techniką klasyczną ze startu wspólnego. - Justyna, mamy jakąś taktykę? - zwróciła się Majdić do Kowalczyk. Polka tylko się uśmiechnęła. - Tak, tak, wiem. Ty od początku do końca pobiegniesz najszybciej jak potrafisz. Zawsze to robisz, nie dajesz wytchnienia. Trudno, to ja i będę musiała polecieć na najszybciej jak umiem - mówiła Słowenka...
Zapytana o czwartkowy start, Kowalczyk powiedziała, że miała jeden cel: „dojechać do mety i nie umrzeć gdzieś po drodze na trasie”.
Na piątek, który jest wolny, obie biegaczki (liderki TdS i Pucharu Świata) mają identyczne założenia: odpocząć i do syta się najeść.
Z zasypanej śniegiem i pochmurnej Austrii przejechałem do skąpanych w słońcu Włoch, gdzie w Toblach (czwartek) i Val di Fiemme (sobota i niedziela) Justyna Kowalczyk walczy o podium Tour de Ski.
Każdy kolejny sezon w Pucharze Świata polska biegaczka miała lepszy. W każdym osiągała coś, czego nie zdobyła w poprzednim. W lutym 2009 roku została podwójną mistrzynią świata, w marcu zdobyła dwie Kryształowe Kule za PŚ.
Ale w Tour de Ski, najbardziej prestiżowej imprezie biegaczy narciarskich (dziesięć dni, osiem startów, trzy kraje) nigdy nie stała na podium. Rok temu była czwarta. W tym, jeśli nie zdarzy się nic nieprzewidzianego, na pewno będzie lepiej. Patrząc na jej formę, trudno oprzeć się wrażeniu, że jak już wdrapie się na podium TdS, to od razu na jego najwyższy stopień.
Na razie jest murowaną faworytką czwartkowego biegu na 5 km techniką klasyczną. Na tym dystansie i to „klasykiem” nie ma sobie równych na świecie. Startuje o 15.56,30. Kilkanaście minut i liderka Pucharu Świata będzie na mecie. Rywalizacja zapowiada się kapitalnie - w dużej formie są również Słowenka Petra Majdić, Włoszka Arianna Follis i Finka Aino-Kaisa Saarinen.
poniedziałek, 14 grudnia 2009
W weekend internetowe portale obiegła wiadomość, że sobotni mecz Celtiku Glasgow z Motherwell obejrzał na stadionie w Szkocji trener bramkarzy reprezentacji Polski Jacek Kazimierski.
- Bzdura, nie byłem w Szkocji. Nie wiem, skąd wzięła się ta absurdalna plotka. Jeszcze nie podpisałem kontraktu z PZPN, więc o żadnym oglądaniu kadrowiczów nie ma mowy - mówił Kazimierski podczas gali tygodnika "Piłka Nożna".
Boruc zagrał słabo, jego zespół wygrał 3:2, ale 29-letni bramkarz zawinił przy pierwszym golu dla Motherwell.
poniedziałek, 07 grudnia 2009
Ciekawostka znaleziona na stronie skijumping.pl, której autorem jest pan Bohdan Żurowski.
Adam Małysz debiutował w PŚ czwartego stycznia 1995, w Turnieju Czterech Skoczni na skoczni Bergisel w Innsbrucku. W Lillehammer przekroczył barierę 70 kilometrów przelecianych w konkursach PŚ na nartach!
Adam startował w 305 konkursach. Po zsumowaniu wszystkich długości jego skoków, odległość wynosi 70 kilometrów i 19,5 m. To tyle, co z jego rodzinnej Wisły do Katowic albo z Warszawy do Skierniewic. Średnia odległość jednego skoku Małysza w każdym konkursie to prawie 115 m.
Gdyby założyć, że skoczkowie startujący w PŚ lecą ze średnią prędkością 90 km/h (na skoczniach normalnych prędkość jest mniejsza, na mamucich przekracza 100 km/h na progu) to Adam unosił się w powietrzu około 46 minut. 70 km w 46 minut? Samochodem na pewno nie byłoby szybciej.
Ile kilometrów Adam przeleciał w ciągu całej kariery - wliczając w to wszystkie skoki kwalifikacyjne, treningowe czy podczas różnych innych imprez - tego nie jest w stanie zliczyć nikt.
niedziela, 06 grudnia 2009
Kamil Stoch siódmy, Adam Małysz ósmy, Krzysztof Miętus 12., a Marcin Bachleda 15. - to wyniki niedzielnego konkursu w Lillehammer.
Tak wysoko czterech Polaków zimą nie było nigdy w historii.
Gdyby to był olimpijski konkurs drużynowy Polska zdobyłaby...złoty medal. Wyprzedziłaby Niemców i Austriaków.
Kiedy trener Łukasz Kruczek mówił przed sezonem, że liczy na medal w drużynówce w Vancouver wielu uśmiechało się pod nosem. A naprawdę wierzył w to (i wierzy) tylko prawdopodobnie Kruczek, jego asystenci oraz zawodnicy.
Na razie, w trzech pierwszych konkursach PŚ, punkty zdobyło pięciu Polaków. Małysz zajął miejsce na podium.
A tydzień temu Justyna Kowalczyk wygrała sprint w Kuusamo i była liderką PŚ w biegach...
Olimpiada w Vancouwer za dwa miesiące. Czy będą to najbardziej niezapomniane igrzyska w historii? Mogą być...
czwartek, 03 grudnia 2009
Adam Małysz, syn Jana i Ewy (z domu Szturc), skończył we czwartek 32 lata. Urodziny, jak zwykle, obchodził w Norwegii. W pierwszy weekend grudnia skakano przeważnie w Trondheim - tym razem (z powodów technicznych) - zawody przeniesiono do Lillehammer, gdzie Małysz był jeszcze niedawno rekordzistą skoczni. Ale nigdy nie wygrał konkursu.
Ci, którzy go znają i mu kibicują nie będą mieli problemu z wymyśleniem urodzinowych życzeń. Złoty medal olimpijski w Vancouver to niespełnione dotąd marzenie czterokrotnego mistrza świata i czterokrotnego zdobywcy Pucharu Świata w skokach narciarskich.
Przed wojną, Arkady Fiedler, opisał swoją wyprawę do Kanady w książce „Kanada pachnąca żywicą”.
Czy na koniec kariery jeden z rozdziałów książki Małysza będzie nosił tytuł „Kanada pachnąca złotem”?
środa, 02 grudnia 2009
Zwycięstwa z Bełchatowem oraz innymi zespołami czołówki ekstraklasy nie mogą zaciemnić obrazu drużyny z Łazienkowskiej. Tyle kontuzji w Legii nie może być przypadkiem. Trener Urban powinien domagać się wyciągnięcia konsekwencji
Legia, żeby zdetronizować Wisłę i odzyskać tytuł, potrzebuje wzmocnień, a rewolucja kadrowa powinna zacząć się już zimą. - Inaczej mistrz Polski będzie wyłącznie mistrzem własnego podwórka, a w pucharach nie osiągnie nic - mówił po wygranej w Bełchatowie trener Jan Urban. W połowie października sytuacja jego i Legii była tragiczna. Po dziesięciu kolejkach wicemistrzowie Polski byli na czwartym miejscu z siedmioma punktami straty do Wisły i perspektywą meczu z mistrzem kraju na jego stadionie - w Sosnowcu.
Cierpliwość kończyła się właścicielom, choć prezes Leszek Miklas - oficjalnie - nie postawił trenerowi ultimatum. Zapewnił, że Urban ma pełne poparcie do końca roku i dodał, że z siedmiu ostatnich spotkań ligowych Legia musi wygrać przynajmniej sześć. Rozliczenie ma nastąpić na koniec kalendarzowego roku.
Urban, na razie, wyszedł z opresji obronną ręką, choć sytuację kadrową - w pewnym momencie - miał tragiczną. Kolejni piłkarze doznawali urazów albo wylatywali za kartki. Trener musiał klecić zespół naprędce i wystawiać w jedenastce rezerwowych (Paluchowski, Jędrzejczyk, Smoliński czy ostatnio nawet Kumbev, który sezon zaczął poza ławką rezerwowych , oraz Żyrę z Koseckim z Młodej Legii).
Co Legii nie zabiło, to ją wzmocniło - wygrała z Wisłą w Sosnowcu, pokonała ówczesnego wicelidera z Chorzowa oraz Koronę w Warszawie i Bełchatów na jego stadionie. Punkty straciła w derby, co zresztą idealnie wpisuje się w obraz zespołu jesienią. Wygląda, że Legia jest "drużyną od zadań - jak na polską ligę - wielkich", czyli zwycięstw z bezpośrednimi konkurentami do tytułu, z którymi nie straciła nawet gola. Słabym drużynom broniącym się przed spadkiem nie potrafiła ich strzelać i dlatego nie jest liderem.
Jeśli odmieni zwyczaje z rundy jesiennej (w piątek rozpoczynają się rewanże) i wygra dwa ostatnie spotkania, to - w najgorszym wypadku - będzie w tabeli tylko o jedno zwycięstwo za Wisłą. Zespół Macieja Skorży gra w niedzielę w Chorzowie z trzecim w tabeli Ruchem. Jeśli dystans się nie powiększy, skończą się spekulacje dotyczące zmiany trenera. Urban zasłużenie i sprawiedliwie zachowa posadę, ale - po rundzie - sam powinien domagać się rozliczenia pewnych kwestii.
Przede wszystkim chodzi o zdrowie zawodników - nie może być przypadkiem, że w jednej rundzie urazy mają Takesure Chinyama (kolano), Bartłomiej Grzelak (mięśnie brzucha, dwugłowy), Dickson Choto (mięsień czworogłowy), Marcin Mięciel (mięsień przywodziciel), Adrian Paluchowski (więzadła w kolanie), Tomasz Jarzębowski (kolano) Wojciech Szala (ścięgno Achillesa, mięsień uda), Piotr Giza (złamane żebro), Jakub Rzeźniczak (silne stłuczenie kolana), Maciej Rybus (stłuczony palec) i Maciej Iwański (mięśnie brzucha). I nie jest to wyjątkowa pod tym względem runda. Tylko kolejna.
Najważniejszą kwestią są jednak wzmocnienia - trener musi nalegać na kilku nowych zawodników.
Najpierw należałoby - za wszelką cenę - przedłużyć kontrakt z Janem Muchą. Umowa słowackiego bramkarza kończy się w czerwcu, teoretycznie w styczniu może on podpisać kontrakt z innym klubem i po sezonie opuścić Legię. 27-letni bramkarz po raz kolejny jest najlepszym piłkarzem Legii w całym sezonie, dzięki jego interwencjom drużyna liczy się w walce o tytuł. Zasługuje na gwiazdorski kontrakt. Przecież Legia może mu zaproponować minimum 300 tys. euro rocznie i wpisać w nową umowę klauzulę odejścia satysfakcjonującą obie strony (2,5-3 mln euro). Po, ewentualnie, udanym dla Muchy mundialu kwota nie odstraszy dobrych klubów, a Legii zapewni środki na następcę. Jeśli nie byłoby chętnych, Legia zostałaby z fantastycznym, dobrze czującym się w Legii i Warszawie bramkarzem.
Zadaniem dyrektora sportowego i skautów będzie znalezienie defensywnego pomocnika, lewego pomocnika oraz napastnika. W czerwcu kontakty kończą się siedmiu zawodnikom (Kiełbowicz, Szala, Jarzębowski, Smoliński, Szałachowski, Grzelak, Mięciel i Paluchowski). I trener zapowiedział, że jeśli dojdzie do kadrowej rewolucji , to raczej dopiero latem, a nie zimą. Realnie ocenił rzeczywistość i stan klubowej kasy, ale też jasno zasugerował, że obecny zespół stać co najwyżej na zostanie mistrzem słabej Ekstraklasy. Aspiracje na pewno sięgają wyżej. Z trzema-czterema ponadprzeciętnymi zawodnikami, z dwoma utalentowanymi młokosami i kilkoma przyzwoitymi jak na ligowe warunki graczami można wygrywać z Wisłą i Lechem, ale w Europie błysnąć się nie da. Momentami Urban wyciska z tej drużyny więcej niż może, ale zdarzają się też chwile, gdy górą jest przeciętniactwo. Wtedy żaden trener nie pomoże. Z rewolucją nie ma co czekać - trzeba ją zacząć zimą i dokończyć latem.
piątek, 27 listopada 2009
Listopad 2006 - Adam Małysz, w rozegranym w anormalnych warunkach konkursie w Kuusamo zajmuje 34. lokatę (w kwalifikacjach był czwarty, jeden z treningów wygrał). Nie zdobywa jednak punktów PŚ i wkurzony opuszcza skocznię.
Marzec 2007 - Małysz deklasuje rywali w konkursie na normalnej skoczni w Sapporo i zdobywa czwarty w karierze złoty medal mistrzostw świata. Cztery tygodnie później zdobywa czwarty w życiu Puchar Świata! Na podium w Planicy, gdzie wygrywa trzy kolejne konkursy, ma łzy w oczach.
Listopad 2009 - Małyszowi wieje w plecy mocny wiatr i w Kuusamo nie kwalifikuje się nawet do konkursu indywidualnego! Zajmuje miejsce poza czołową pięćdziesiątką. Sensacja!
Luty 2010 - igrzyska olimpijskie w Vancouver. Małysz marzy o złotym medalu. Jedynego, jakiego nie ma w bogatej kolekcji trofeuów.
Wszystkim malkontentom historię przypomniał też Maciek Kurzajewski zapowiadając konkurs drużynowy w TVP1.
PS. Konkurs drużynowy pokazał, że niedolot to wyłącznie wypadek przy pracy. Gdyby tak skakał w konkursie indywidualnym, zająłby miejsce na podium. Dzięki Małyszowi Polska zajęła piątą lokatę, tracąc do Rosjan niecałe trzy punkty czyli półtora metra.
|
|