Blog Roberta Błońskiego
RSS
sobota, 28 lutego 2009

To, co polska biegaczka zrobiła na ostatnim kilometrze biegu na 30 km przejdzie do historii. Umordowane ponad godzinną harówką na trasie w Libercu zawodniczki miały do pokonania przedostatnie, strome i długie wzniesienie. Biegło ich aż osiem.

Polka nie czekała na nic, ruszyła. Wyglądało, jakby pod nartami odpaliła silnik odrzutowy i błyskawicznie uciekła rywalkom. Na kilkadziesiąt metrów, na kilkanaście sekund. Na metę wpadła sama, na ostatnich metrach nie obejrzała się ani razu.

Tak wygrywają wielcy sportowcy, wielcy mistrzowie.

PS. W poniedziałkowej „Gazecie Sport” pasjonująca opowieść Złotej Justyny o drodze do tych medali i chwil szczęścia.

14:53, robert_blonski1973
Link Dodaj komentarz »
piątek, 27 lutego 2009
Szanse na powtórzenie wyników z kwalifikacji (licząc wszystkich Kamil Stoch był piąty, Adam Małysz siódmy, a Rafał Śliź dziewiąty) były zerowe. Ale oczekiwania wzrosły. 

Można było oczekiwać równych, dobrych skoków. Na miarę możliwości i talentu. Łukasz Rutkowski i Śliż zepsuli sakramencko.

Śliż dopiero za trzecim razem dostał pozwolenie na skok w pierwszej serii – wcześniej, dwukrotnie, schodził z belki z powodu zbyt silnego wiatru. No i go „ugotowali”. Nie wytrzymał psychicznie, choć ma 26 lat i w hierarchii starszeństwa ustępuje jedynie Małyszowi.

 

Kiedy wreszcie skoczył, żal było patrzeć. 96 metrów dało mu ostatnie miejsce – jako jedyny nie przekroczył 100 m.

 

Stoch zawiódł w pierwszej serii siebie i kibiców, którym dał nadzieję czwartym miejscem na skoczni normalnej w ubiegłą sobotę. W żadnym z treningów dystans między nim, a liderem nie był tak duży, jak w piątek (14 metrów, 27,7 punktów). Regularnie był w pierwszej dziesiątce, teraz po pierwszej jest 24.

 

Małysz cały, już drugi z kolei, sezon ma z głowy. On sam cudów od siebie w Libercu nie oczekiwał. Miał nadzieję, ale to niej potrzeba jeszcze odrobinę więcej formy. A tej brak.

 

Trudno za wszystkie niepowodzenia winić tylko wiatr. Polacy okazali się, niestety, mistrzami treningów. Kiedy doszło do skakania o mistrzostwo świata na dużej skoczni stanowili tylko tło dla innych.

Rehabilitacją może być sobotni konkurs drużynowy. Tylko, czy stać ich będzie na osiem dobrych skoków? Na treningach - owszem, było...

17:17, robert_blonski1973
Link Komentarze (1) »

Stoch drugi, Małysz czwarty, Śliż szósty.

 

To nie są wyniki mistrzostw Polski, tylko kwalifikacji do piątkowego konkursu na dużej skoczni w Libercu.

 

Wygrał Japończyk Noriaki Kasai (128,5 m). Stoch i Śliż skoczyli po 123,5 m, Małysz o pół metra mniej.

 

Po nich skakali najlepsi zawodnicy świata (z tej samej belki). Dalej lądowali tylko Austriacy Thomas Morgenstern (126), mistrz świata z normalnej skoczni Wolfgang Loitzl (131) i Gregor Schlierenzauer (125,5). Szwajcar Simon Ammann jako jedyny z czołowej dziesiątki świata nie skakał.

 

Mówienie o medalach nie ma sensu, ale to może być jeden z niewielu konkursów w ostatnich latach, w których Polacy nie muszą być wyłącznie tłem dla najlepszych.

 

W każdym razie kibiców mogą czekać emocje, na jakie wcześniej nie liczyli. I sensacje?

Acha, w sobotę o 16 konkurs drużynowy... O 13, na 30 km biegnie Justyna Kowalczyk.

15:35, robert_blonski1973
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 26 lutego 2009
Amerykanin Todd Loddwick mógł we czwartek zdobyć trzeci złoty medal MŚ w Libercu. On i jego trzech kolegów z amerykańskiego zespołu byli zdecydowanymi faworytami w sztafetach kombinacji norweskiej. 

Dramat rozegrał się na skoczni.

 

Miedzy serią próbną, a pierwszym skokiem konkursowym kolega z drużyny Bill Demong zapodział gdzieś swój numer startowy! Jury nie pozwoliło mu oddać skoku i zdyskwalifikowało.

 

Marzenia o medalu prysły. Demong miał skakać jako pierwszy z Amerykanów, nie pomogły prośby i apele o zmianę kolejności.

 

Organizatorzy pozwolili wystąpić Amerykanom w biegu, ale z ponad trzyminutową stratą do liderów. To było nie do odrobienia i w ogóle zrezygnowali ze startu.

 

Tragikomedii dopełnia fakt, że numer w końcu się odnalazł. Zaplątał się Demongowi pod kombinezonem.

PS. Cytat spod skoczni w Libercu. Dziennikarze: Rafał, możemy porozmawiać?

Rafał Śliż: Nie bardzo (na dużej skoczni uzyskał 96 m i gdyby wiatr nie przerwał kwalifikacji, Śliż zająłby w nich miejsce trzecie od końca)

17:50, robert_blonski1973
Link Dodaj komentarz »
sobota, 21 lutego 2009

20 lutego 1978 roku – Józef Łuszczek został brązowym medalistą mistrzostw świata w narciarstwie klasycznym w fińskim Lahti w biegu na 30 km

 

Dwa dni później, 22 lutego 1978 roku Józef Łuszczek został MISTRZEM ŚWIATA (jak na razie pierwszym i ostatnim polskim w biegach, potem było jeszcze pięć złotych medali Adama Małysza w skokach) w narciarstwie klasycznym w fińskim Lahti w biegu na 15 km

 

19 lutego 2009 roku – Justyna Kowalczyk została brązową medalistką MŚ w narciarstwie klasycznym w czeskim Libercu w biegu na 10 km

 

Dwa dni później, 21 lutego 2009 roku o godzinie 13 Justyna Kowalczyk wystartuje w biegu łączonym ze startu wspólnego (7,5 km techniką klasyczną + 7,5 km techniką dowolną). Śnieg wreszcie przestał sypać (i raczej nie będzie), temperatura w okolicach zera stopni...

09:31, robert_blonski1973
Link Komentarze (17) »
czwartek, 19 lutego 2009

Rok 2006 – trzecie miejsce w biegu na 30 km techniką dowolną podczas igrzysk w Turynie.


Sezon 2007/08 – trzecie miejsce w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata.


Sezon 2008/09 (jeszcze trwa) – na razie trzecie miejsce w klasyfikacji generalnej PŚ (do końca dziewięć startów) i, również na razie, trzy zwycięstwa w biegach indywidualnych (pięć w całej karierze)


Luty 2009 – trzecie miejsce na 10 km techniką klasyczną podczas MŚ w Libercu. Pierwszy w historii polskich biegów kobiecych medal mistrzostw świata!


- Można powiedzieć, że lubię brąz. Ale mam nadzieję, że kiedyś będę wyżej niż trzecia. Może o te „coś więcej” postaram się jeszcze tutaj, w Libercu... – powiedziała zadowolona Kowalczyk kilkadziesiąt minut po biegu.


W sobotę bieg łączony (7,5 km techniką klasyczną, wymiana nart, butów oraz kijków i kolejne 7,5 km na trasie, tym razem techniką dowolną).


Później tydzień przerwy – Polka odpuszcza wtorkowe sprinty, regeneruje się i za tydzień, w sobotę pobiegnie na 30 km techniką dowolną. Polska Królowa Śniegu będzie się ścigać o tytuł Królowej Nart MŚ w Libercu.


Na razie ma chwilę na zasłużoną radość z powodu ciężko wywalczonego brązowego medalu MŚ. Może być przede dumna z tego, że zniosła presję jednej z faworytek i zgodnie z oczekiwaniami wywalczyła medal.


Podczas igrzysk w Turynie również była wymieniana wśród faworytek do podium w biegu na 10 km klasykiem. Skończyło się stresem i omdleniem na trasie. Przez dwa lata Kowalczyk zrobiła postęp. I na trasie i poza nią. Świetnie radzi sobie z rywalkami, wygrywa też z nerwami, stresem i odpowiedzialnością.


15:43, robert_blonski1973
Link Komentarze (1) »

Będzie siedem minut i 30 sekund po godzinie 12, kiedy na trasę ruszy Justyna Kowalczyk. Numer 75 na plastronie. Pół minuty przed nią - Włoszka Marianna Longa. Pół minuty za nią - Finka Aino-Kaisa Saarinen.

 

Niebo w Libercu litości nie zna. O świecie spowiły je ciemne chmury, a chwilę przed 10 sypnął gęsty śnieg. By po kwadransie przestać i za chwilę znowu zasypać tory... Jest minus siedem stopni. Spełnił się najgorszy ze scenariuszy trenera Aleksandra Wierietielnego. Najwięcej będzie zależało od smarowania.

 

Trzeba wierzyć w fachowość trenera Aleksandra Wierietielnego oraz doświadczenie Szweda Ulfa Olssona, który kiedyś doprowadził Czeszkę Katerinę Neumannovą do złotych medali mistrzostw świata i igrzysk olimpijskich.

 

Niech dziś, do spółki z trenerem Aleksandrem Wierietielnym, dobrze nasmaruje narty Justynie, która w formie – jak mówią Czesi – jest wybornej.

 

W biurze prasowym w dzielnicy Vesec, gdzie usytuowane są trasy biegowe dziennikarze dostali zapowiedź dzisiejszego startu z jednoznacznym tytułem: „favourite is Kowalczyk”. Po czesku to brzmi tak: „favoritkou je Kowalczyk”.

 

Polka to liderka PŚ na dystansach. W klasyfikacji generalnej wyprzedzają ją tylko Finka Saarinen i Słowenka Petra Majdić.

 

Pamiętając o Kamili, ściskajmy kciuki za Justynę...

10:29, robert_blonski1973
Link Komentarze (3) »

Ostatni mecz Kamili

 

Słyszeliście? Kamila Skolimowska była na meczu!

 

Nie słyszeliśmy. Bo i skąd? Od kogo? Ktoś się zainteresował? Nie. Jeden z dziennikarzy rzucił taką ciekawostkę. Ot, zwykła, luźna rozmowa między nami. Nieistotna, nie mająca nic wspólnego z meczem kadry Leo Beenhakkera z Walią w portugalskim Vila Real St. Antonio. Jak potem przeczytałem nazwę miejscowości, dokąd zawieziono Ją na reanimację – zrobiło mi się nieswojo. Byłem tam osiem dni temu... Na tym samym meczu.

 

Ale wtedy? Przez głowę przeleciała myśl: „skąd się tu wzięła Skolimowska?”. Odpowiedź nasunęła się sama: w Warszawie –2 stopnie, w Portugalii +14. Odpoczywa. Fajnie, że pochodząca ze sportowej rodziny mistrzyni olimpijska przyszła dopingować kolegów-sportowców. Piłkarzy, którzy z młotem mają niewiele wspólnego i pewnie żaden z nich Kamili na żywo nigdy nie widział.

 

Ale i tak miło, że znalazła się na stadionie. Tylko, że nie było czasu dłużej o tym myśleć. Wyspiarscy dziennikarze zajęli wszystkie miejsca na trybunie prasowej, więc my – Polacy – siedzieliśmy z laptopami na kolanach. Ona była gdzieś tam o kilkanaście rzędów niżej, trochę w prawo... Mecz skończył się tuż przed 20, deadline gonił. Potem trzeba było pędzić rozmawiać z  pozostającym w stanie wojny z Piechniczkiem oraz Engelem selekcjonerem. I piłkarzami. Skolimowska wyszła w tym czasie ze stadionu.

 

Mecz był nudny, ale jak Ona go przeżywała? Nie była w towarzystwie, więc musiało być wesoło. Ktoś coś powiedział, drugi dorzucił, trzeci spuentował. Śmieją się – wszyscy. I pewnie trochę ponarzekali na piłkarzy. „Zarabiają TYLE, a grają tak marnie” – to stała śpiewka sportowców nie-piłkarzy.

 

Mecz – jak się okazało – był dla Niej i reszty lekkoatletów odskocznią od codzienności. Siłowni i rzutni. Ot, przypadek - piłkarze grali z Walią w Vila Real St. Antonio, więc – będąc na zgrupowaniu – poszli im kibicować. Oderwać się od monotonii, przyjemnie zabić czas.

 

A na końcu zachwycić pięknym golem Rogera – przy całym szacunku żaden, nawet rekordowy, rzut młotem nie może być tak efektowny jak tamto trafienie. Ale teraz to nie ma już znaczenia.

 Bo nikt wtedy nie przypuszczał, że to  będzie Jej ostatni mecz w życiu.
01:33, robert_blonski1973
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 16 lutego 2009
 

Kilka miesięcy temu, napastnik Arminii Bielefeld obwieścił w Polsacie Sport, że rezygnuje z występów w reprezentacji Polski. Ogłosił to w momencie, gdy Leo Beenhakker nie powoływał go od ponad sześciu miesięcy. Od sierpnia 2006 roku Wichniarek był w reprezentacji raz (luty 2008, zgrupowanie na Cyprze) i rozegrał niezłe 45 minut meczu z Czechami. Ani wcześniej, ani później Beenhakker go nie powołał, bo nie pasował do koncepcji selekcjonera. Pomijany i niepowoływany Wichniarek oznajmił więc (nie wiadomo po co, przecież Beenhakker i tak nie miał zamiaru go wzywać), że nie chce, aby go powoływać, bo i tak nie przyjedzie. Napisał nawet w tej sprawie list do PZPN.

 

Wczoraj „Przegląd Sportowy” napisał, że holenderski selekcjoner wybiera się do Bielefeld. Tylko nie wiadomo kiedy, ani w jakim celu. Porozmawiać z Wichniarkiem? Świetnie. Ale o czym? Przecież jasnowłosy napastnik wyraźnie powiedział, że u Beenhakkera nie zagra.

 

Leo postawił jeden warunek od którego - tak zrozumiałem z artykułu - uzależnia swój wyjazd na mecz Arminii: mianowicie Wichniarek musi napisać kolejny list do PZPN i odwołać wcześniejsze postanowienie. Strzelec 12 goli w tym sezonie Bundesligi (wielki szacunek) takiego zamiaru nie ma.

 

Po co więc to całe zamieszanie wokół „Króla Artura”?

 

Jakoś bardziej wierzę w to, że na mecze z Irlandią Północną i San Marino Beenhakker powoła Ireneusza Jelenia. I słusznie.

A w Belfaście zagra i pewnie strzeli gola Paweł Brożek.

15:12, robert_blonski1973
Link Komentarze (2) »
sobota, 07 lutego 2009

Cierzniak - Celeban, Polczak, Jodłowiec, Komorowski - Pawłowski, Trałka, Garguła, Wilk - Boguski - Paweł Brożek to jest drużyna, która na 99 procent rozpocznie w Faro mecz z Litwą.

 

Nie ma w jedenastce Rogera Guerreiro, bez którego jeszcze parę miesięcy temu mało kto wyobrażał sobie skład zespołu Leo Beenhakkera. To holenderski selekcjoner wymyślił paszport dla Brazylijczyka. To Leo od początku do końca był animatorem operacji Roger Polakiem". Udało się kilka tygodni przed Euro. Zaczął je na ławce rezerwowych, ale odkąd w przerwie meczu z Niemcami zmienił Macieja Żurawskiego pomocnik Legii był jednym z najlepszych w drużynie Beenhakkera. Później zgasł.

 

Od lipca z tygodnia na tydzień stawał się cieniem siebie. W Legii dotąd snuł się po boisku, aż trener Jan Urban posadził go na ławce rezerwowych. W reprezentacji zagrał jesienią znakomicie przeciwko Czechom, ze Słowenią i San Marino popadł w przeciętność. Dlatego na koniec roku - w Dublinie - usiadł na ławce rezerwowych, by wejść i strzelić Irlandczykom pięknego gola zza pola karnego. I zniknąć na boisku.

 

Wygląda więc, że tak jak skończył rok w reprezentacji, tak i zacznie. W rezerwie. Nie znaczy to, że stracił umiejętności. Jesień miał kiepską, z przebłyskami (w talent, potencjał, umiejętności i możliwości Rogera nie wątpię) z jednego powodu: im bliżej było grudnia, tym piłkarz był bardziej zmęczony fizycznie i psychicznie rokiem 2008 w którym wydarzyło się więcej niż w którymkolwiek innym w dotychczasowej jego przygodzie z piłką.

 

Dyrektor sportowy Legii Mirosław Trzeciak powiedział niedawno, że wiosna 2009 może być dla niego najważniejszą. Za półtora roku kończy mu się kontrakt w stolicy. Nie chce go przedłużyć na warunkach zaproponowanych przez Legię, bo marzy mu się sportowy awans i gra w jednej z czołowych drużyn Europy. Droga do tego wiedzie jednak głównie przez reprezentację.

 

Futbolowa Europa usłyszała o Rogerze na Euro, ale po pierwszym zachwycie na razie zapomniała. Czy na długo - wszystko zależy od 26-letniego Guerreiro, który talentu i umiejętności dostał więcej niż 99 procent piłkarzy znad Wisły. Na razie jednak zasłużenie przegrywa rywalizację z Gargułą i Boguskim.

 
13:23, robert_blonski1973
Link Komentarze (8) »
 
1 , 2